W lutym 2024 roku wróciłem do uczęszczania na turnieje łucznicze. Miałem od nich małą przerwę, od 25 listopada 2023. Owszem, po drodze wziąłem udział w trzech korespondencyjnych, ale to co innego i nie to samo. Opisuję tutaj swoje wrażenia oraz obserwacje z dwóch turniejów: lokalny z Poznania oraz swój debiut w Lidze Centralnej 3D w Piotrkowie Trybunalskim. Startowałem z kategorii „Traditional Hunter”, czyli potocznie „hunter”.
W grudniu oraz styczniu spędziłem bowiem około 36 godzin na treningach. Nie tylko zwyczajne do tarcz na konkretną odległość, ale też ścieżki łucznicze w terenie („parkour”). W tym ostatnim przeszkadzała trochę zimowa aura: były paro tygodniowe przerwy, kiedy stromizny wału fortowego były skute lodem. Niemniej, zauważyłem stopniową poprawę w zdobywanej punktacji na klubowym „parkourze”. Co więcej, zacząłem też uczęszczać do klubu „Robin Hood” i strzelać tam z 16 metrów w sali…
W tych dwóch miesiącach wypuściłem 4695 strzał.
II Walentynkowy Charytatywny Turniej Łuczniczy na rzecz Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt w Gaju
Pod tak długą nazwą kryje się lokalny turniej, w którym jedynym wpisowym było wpłacić minimum 30 zł dla Schroniska w Gaju. Przede wszystkim pojechałem tam do Poznania dlatego, ponieważ była to sposobność aby odwiedzić (w piątek i sobotę) swoją siostrę bliźniaczkę. Sam turniej miał miejsce 10 lutego 2024. Nikogo na miejscu nie znałem, Do tego miałem sam poszukać sobie jakiegoś dostępnego kapitana grupy (weź tu szukaj wraz ze spektrum autyzmu i zaburzeniami nerwicowo-lękowymi).
Samo miejsce turnieju to Fort VI w Poznaniu (także pod nazwą Fort Poznań Event Place). Bardzo ciekawe i całkiem nieźle zachowane miejsce o znaczeniu historycznym. Fort jakich pełno w Poznaniu (łącznie ich kilkanaście). Na miejsce turnieju wchodzi się najpierw przez stalową bramę, a później przez podziemia samego zabytku. Oczom ukazuje się teren zielony, falisty i zróżnicowany.
Formułą turnieju było strzelanie do 9 celów 3D (figury zwierząt) oraz 5 celów 2D (serduszkowe tarcze). Punktacja na podstawie formuły World Archery, a dokładniej 2 strzały, punktowane 10-8-5. Czternaście celów po dwa strzały, dwa obejścia (jedno z dalszej, drugie z bliszej odległości). Daje to nam łącznie 56 strzał do oddania. Maksimum punktów to 560.
W praktyce, nie każdy cel był łatwy (na pewno nie na pierwszym obejściu). Co więcej, konieczność szukania „strefy” za każdym z dwóch strzałów sprawiał, że dość trudno było osiągnąć co najmniej 15 pkt przeciwko celowi 3D. Przynajmniej w mojej kategorii, TR-Hunter. Kategoria łuków bloczkowych to co innego. Swoją drogą, w mojej grupie strzelających, dwie osoby z „bloczkiem” strzelały jako pierwsze i poniekąd wskazywały nam, gdzie są „strefy”…
Nie ukrywam, że jednego celu nie udało mi się pokonać mimo czterech prób. Największy z nich, niebieska pantera, oddalona tak z około 30/35 metrów i z dużej różnicy wysokości, w dół.
Samych uczestników było 68, czyli dość mało jak na amatorski turniej łuczniczy w Polsce. Pogoda bez opadów, po 12-stej wyszło słońce i temperatura przekroczyła 10 stopni Celsiusza…
Zająłem 11. miejsce na 18 w swojej kategorii sprzętowo-wiekowej. Przyjechałem z oczekiwaniami aby nie być ostatni i się to udało. Pierwsze podejście spaprałem; miałem zaledwie 95 pkt na 280 możliwych. Tylko dzięki wzięciu się w garść oraz większej prostocie obejścia drugiego, nadrobiłem w turnieju. Zdobyłem dodatkowe 162 pkt, co łącznie dało 257 pkt na 560. Nadal poniżej połowy, ale jestem z siebie zadowolony…
Dla porównania, w mojej kategorii zwycięzca miał 384 pkt. Nawet jakbym miał w pierwszym obejściu tyle punktów co w drugim, z 324 punktami wciąż wylądowałbym na 7. miejscu. Zatem to pokazuje, że wciąż dużo mi brakuje do najlepszych, a na pewno do bycia „dobrym łucznikiem”.

Uważam, że w przypadku strzelania do celów 3D, formuła zawodów oraz punktacja trochę podniosła trudność zmagań. Dwa argumenty za tym:
- Z perspektywy „chcę upolować cele”, nie wystarczy trafić raz a dobrze. To tylko 8 lub 10 pkt na 20. Aby mieć sporo punktów, trzeba nie tylko trafić raz, ale jeszcze w strefy i to dwukrotnie pod rząd Czyli trzeba „upolować cel” dwa razy w punkt witalny!
- Z perspektywy czysto sportowo-punktowej, potrzeba dwóch strzałów w strefę, aby mieć co najmniej 16 pkt. To samo w sobie jest wyzwaniem dla każdego, kto nie dysponuje tak precyzyjnym łukiem oraz przyrządami celowniczymi jak łuk bloczkowy. Dla porównania, dla najczęściej przyjmowanej formuły strzelania do 3D, pierwsza z trzech prób już daje 16 pkt/20 i to nawet, jak trafisz w gumowego zwierzaka byle gdzie, po ogonie czy łapce…
Niemniej, było ciekawie i całkiem fajnie. W podobnej formule startowałbym po raz kolejny (2D+3D) i może pojadę za rok do Poznania w tym samym celu…
Centralna Liga 3D Runda 6 – Piotrków Trybunalski
W końcu udało się mi znaleźć ekipę, z którą pojechałem na Ligę Centralną. 17 lutego 2024 roku mieliśmy okazję postrzelać do 30 celów 3D w piotrkowskiej strzelnicy myśliwskiej. Rund jest osiem, zaś trzeba być na co najmniej pięciu z nich, aby załapać się na klasyfikację generalną Centralnej Ligi. Dlatego też potraktowałem ten turniej jako zaznajomienie się z całkiem popularnym i lubianym wsród łuczników cyklu turniejów (było około 140 uczestników).
Startowałem z kategorii „hunter” w trybie „normal”. Do wyboru był jeszcze „ekspert”, czyli strzelanie z dalszych odległości, z niekoniecznie wygodnych pozycji czy specjalnych utrudnień…
Nie ukrywam, że pierwsze kilka celów zbudowało we mnie pewność siebie. Spodziewałem się, że na pięć pierwszych celów zarobię pierwsze „zero” (trzy próby nieudane na cel). Doszło do tego dopiero pod koniec obejścia, dla dwóch celów. Niemniej miałem lekką chwilę grozy, gdy – za druga próbą – strzała zrykoszetowała mi dwa razy od framug okna myśliwskiego. Myślałem, że strzała pękła. Na szczęście ocalała, zaś udało mi się trafić tenże cel za trzecim razem (4 pkt).
Po raz pierwszy też efektywnie pełniłem rolę „prowadzącego grupy”. To znaczy, trzymałem karty zawodników i spisywałem punkty z każdego celu. Na koniec sprawdzałem punktację i zliczałem każdemu (w tym sobie), a potem oddawałem karty organizatorom. To sprawiło, że nie byłem w stanie skoncentrować się na robieniu zdjęć już z samego turnieju.
Przez pierwszą połowę zmagań padał lekki deszcz (ogółem padało od rana). Trochę to nam utrudniło w strzelaniu, gdyż naturalne lotki nam zmokły. Część osób kombinowała z założeniem folii na strzały w kołczanie.
Jakby ktoś nie wiedział, punktacja to „trzy próby, punktacja malejąca, 20-18-16/14-12-10/8-6-4/0”. Czyli strzelamy do pierwszej trafionej. Pierwsza próba zarabia najwięcej punktów, potem druga mnie, potem trzecia najmniej.
Zająłem dopiero 18. miejsce na 21 w swojej kategorii sprzętowo-wiekowej. Nie jestem rozczarowany (chciałem nie być ostatni), ale mam trochę ambiwalentne odczucia. Z jednej strony spodziewałem się, że na Ligę Centralną przyjeżdżają prawie sami dobrzy łucznicy, więc na dolny środek tabeli nie miałem dużych szans. Z drugiej strony myślałem, że zdobycie 378 pkt na 600 (63% możliwych) to już niezły wynik. Niestety, dalej jest to „nic specjalnego z huntera”. Aby w ogóle liczyć na cokolwiek, trzeba było strzelić powyżej 400 pkt. Podium miało 470-476 pkt, pierwsza dziesiątka zaczynała się od 436 pkt.
To ciekawe, że Liga Centralna jest organizowana tak, aby:
- Z jednej strony cele (dopóki się startuje w „normalu”) nie są jakoś odlegle ustawione (15-30 metrów) . Dzięki temu łucznicy mogą mieć fun z tego, że częściej udaje im się trafić i to za pierwszym czy drugim razem. Przystępność!
- Z drugiej strony, powyższe sprawia też, że trzeba zawsze polować na „strefy” zwierzaczka, a już na pewno w ten sposób rekompensować sobie stracone punkty z powodu drugiej czy trzeciej próby. Aby rywalizować o przynajmniej podium, trzeba umieć wysoko punktować w takich warunkach.
Przynajmniej mam kolejną metryczkę, według której mogę mierzyć swoje postępy oraz własny „poziom” łuczniczy. To znaczy, uzyskany wynik na Lidze Centralnej…

Dodatkowe wnioski
Te dwa lutowe zawody trochę zaburzyły moją świadomość tego, jak mam w trakcie turnieju strzelać, aby być „dobrym” na tle konkurencji. Wcześniej startowałem na dwóch turniejach (7.10.2023 plus ten Field na Bemowie) które „by design” miały być trudne. Stąd miałem świadomość, że jeśli punktuję „powyżej 50%” to musi mi iść dobrze na tle pozostałych. Cóż, szło mi co najwyżej w ten sposób, że nie ośmieszałem sam siebie. To taka „odwrotność” bycia rozpieszczonym przez duże, poprzednie liczby…
Z drugiej strony, moja forma jest minimalnie wystarczająca, aby startować na jak największej liczbie zawodów i nie-ostatnie miejsca zdobywać. Trenowanie te kilkanaście godzin w miesiącu przynosi rezultaty. Po drodze wymieniłem lotki na świeże oraz o innym kolorze.
Mogę stwierdzić, że stałem się „przeciętnym” łucznikiem. Nie żadnym niezłym, dobrym, a już na pewno nie solidnym. Ale też potrafię coś trafić, mieć ładne serie. Nie przyjeżdżać kilometrów na zawody głównie po to, aby szukać strzał po trawie i runie leśnym. Innymi słowy, to jak się rozwijam w tym hobby, zaczyna się sprawdzać…



















